MAROKO. ŻEBY NIE ZAPOMNIEĆ. NOTATKI Z PODRÓŻY - CZĘŚĆ II.

FEZ - VOLUBILIS - MEKNES - CASABLANCA - EL JADIDA - ESSAOUIRA - AGADIR

Maroko, dzień IV.

Nie pamiętam czy w którejkolwiek z dotychczasowych podróży miałam tak, że natłok przeżyć utrudniał mi ubieranie myśli w słowa. Tutaj tak mam. No więc po prostu sobie chłonę to Maroko i już nawet nie staram się niczego układać w głowie.

Po powrocie z Fezu poszłam do marokańskiego hammamu i to było zupełnie nietypowe przeżycie! Jakże bardzo różnią się nasze kultury! Kąpiele w łaźniach publicznych są tutaj tradycyjnym, głęboko zakorzenionym w społeczeństwie rytuałem przede wszystkim oczyszczania, ale też okazją do spotkań towarzyskich, plotek i relaksu. Czymś zupełnie naturalnym i niezwiązanym z jakimkolwiek poczuciem wstydu. Przywiozłam do domu savon noir, czarne mydło, które stosuje się w hammamach, ale nie zakupiłam rękawicy kessa, czego bardzo żałuję, ponieważ dostępne u nas mają niewiele wspólnego z oryginałami. Tayaba zapytała na jaki piling się decyduję - marocan czy turistico? No halo, cóż za pytanie! Marocan, odpowiedziałam bez zawahania. Momentami zaciskałam zęby i zastanawiałam się czy to możliwe, żebym miała na sobie aż tyle naskórka do usunięcia, przecież pilinguję się w domu na bieżąco. No tak, ale w Europie robimy turistico piling. I wszystko jasne. Później jeszcze rhassoul - glinka z gór Atlasu, bogata w minerały, a po dokładnym spłukaniu wszystkich specyfików, relaksujący pobyt w saunie i masaż olejkiem arganowym, nazywanym marokańskim płynnym złotem. To było jedno z najbardziej nietypowych podróżniczych przeżyć, których doświadczyłam i zdecydowanie powtórzyłabym to, gdybym tylko miała okazję. Czułam się zrelaksowana i odświeżona jak nigdy dotąd.

Byłam gotowa na marokańską kolację. Ze względu na niedawne rewolucje żołądkowe, kosztowałam potraw w bardzo małych ilościach, ale nie pominęłam żadnej. To była uczta dla podniebienia. 

Natomiast częścią artystyczną tego wieczoru byłam dosyć rozczarowana. Na pewno liczyłam na bardziej autentyczne przeżycie.

Dzień pełen wrażeń dobiegł końca. Mam taką refleksję, że Fez to zupełnie nie moja bajka. Miasto jest bardzo atrakcyjne pod względem turystycznym, ale absolutnie nie chciałabym zatrzymać się tutaj na dłużej. 

Maroko, dzień V.

Po śniadaniu przemierzając kolejne kilometry z widokiem na góry Atlasu Średniego dotarliśmy do Volubilis - starożytnego rzymskiego miasta wpisanego na listę UNESCO (w całym kraju jest zaledwie 9 miejsc, które znajdują się na tej liście).

Volubilis to dawna Mauretania, ziemie włączone później do Cesarstwa Rzymskiego. Taki element Włoski w Afryce - zupełnie niespodziewany fakt. Wraz z rozwojem Fezu, Volubilis, bardzo ważny punkt na mapie Maroka, zaczęło tracić na znaczeniu i z czasem miasto zupełnie opustoszało (w czasach świetności było zamieszkiwane przez niemal 20 tysięcy ludzi). Ale! Kolejna ciekawostka - jeden z sułtanów Maroka splądrował miasto, a kamienie i marmury wykorzystał do budowy Meknes. Ogromne zniszczenia przyniosło też trzęsienie ziemi w niedalekiej hiszpańskiej Lizbonie (9 stopni w skali Richtera, zginęła 1/3 ludności Lizbony).  Podobno znaczna część miasta nadal znajduje się pod ziemią. 

Ruiny są niesamowite i robią ogromne wrażenie. Doczytuję sporo informacji już w domu. To ważna część podróży, po podróży. Ciekawostka - wśród zachowanych mozaikowych podłóg znajduje się ta, na której widnieje scena gdzie Akteon podgląda Artemidę w wyniku czego za karę zamieniony zostaje w jelenia. Jest też scena uprowadzenia Hylasa przez nimfy oraz ta przedstawiająca dwanaście prac, które za zabicie żony i dzieci wykonać miał Herkules, jako pokutę. Cała historia dotycząca Volubilis bardzo ciekawie opisana jest tutaj. 

Pora na Meknes, jedną z czterech stolic cesarskich. Zatrzymujemy się na placu el-Hadim, na wprost Bab el-Mansour zwanej Bramą Mansura, która uchodzi za jeden z symboli Maroka. Jest ogromna i zachwycająca. Jej budowa trwała ponad 60 lat. 

Zobaczyłam też z jakim rozmachem zbudowane zostało Mauzoleum Mulaj'a Ismaila. Kompleks zachwyca, wnętrza są majestatyczne, ale już historia życia samego sułtana budzi mój niesmak. Słynął z wyjątkowo brutalnego prowadzenia armii, spraw państwowych, swojego dworu, a także haremu. W ciągu całego swojego życia miał 4 żony i około 500 konkubin, z którymi spłodził ponad 1000 potomków.

Meknes na pewno jest jednym z miejsc, które chciałabym eksplorować dłużej.

Czeka mnie jednak 300 km drogi do miasta, które jak się później okaże, rozczaruje mnie najbardziej. Pewnie dlatego, że moje oczekiwania i wyobrażenia znacznie różniły się od tego co zobaczyłam. Miałam bardzo romantyczną wizję i okazuje się, że w podróży oczekiwania nie są dobrym pomysłem. Liczy się raczej otwartość i zaciekawienie. Jak w życiu zresztą.

Podróż minęła przyjemnie za sprawą filmu, muzyki i tego co za oknem. Na ekranie "Casablanca" z Humphreyem Bogartem i Ingrid Bergman w rolach głównych, w słuchawkach Andrew O'Dermot i Drinche, a widoki takie:

No więc, Casablanca. Podejrzewam, że zbyt mało doświadczyłam tego miasta, żeby wydawać negatywny osąd. Zabrałam się więc za lekturę relacji na innych blogach i ... nie zmieniłam zdania.

Na pewno jest to miasto olbrzymich kontrastów. Z jednej strony obskurna medyna, a z drugiej nowoczesne drapacze chmur i ludzie w garniturach.

Maroko, dzień VI.

Dotarłam do meczetu Hassana II położonego na cyplu, z widokiem na Ocean Atlantycki. Założeniem króla było stworzenie świątyni-arcydzieła, unikatowego na skalę światową. Budowla robi wrażenie, nawet w deszczu, który z przerwami pada od rana. Mokra posadzka stwarza wręcz idealne warunki do pięknych kadrów, ale nasz przewodnik ma inne priorytety (co zrozumiałe), podążam więc za nim i rejestruję je wyłącznie w głowie. Każdy fotograf ma takie kadry, których nie zrobił, choć chciał.

Budowla symbolizuje połączenie niebios z ziemią. Posiada zaawansowane rozwiązania technologiczne typu rozsuwane dachy, podgrzewane podłogi, podłogi szklane, które pozwalają zobaczyć fale oceanu pod spodem, specjalne nagłośnienie i wiele innych. Cały kompleks jest ogromny i może pomieścić jednorazowo nawet 105 tysięcy wiernych. Wnętrza oszałamiają.

Chciałabym spędzić tutaj więcej czasu, pójść na spacer promenadą, zobaczyć zachód słońca... 
pobyć tutaj przy lepszej, słonecznej pogodzie...

A dzień zakończyć w kultowej Rick's Cafe znanej z filmu Casablanca.
 

Jest i promenada, ale ta w Al Dżadida - dawnej portugalskiej enklawie leżącej na południowy-zachód od Casablanki (UNESCO).

Cieszę się widokiem rozległej przestrzeni. Do tej pory wszystko było raczej klaustrofobiczne i zdaję sobie z tego sprawę właśnie w tym momencie.
Tę noc spędzam w uroczej Essaouirze - nadmorskim, artystycznym miasteczku, w hotelu przy plaży, parę kroków od klimatycznej starówki, a to oznacza, że wieczór będzie długi.
Zachwycam się księżycem. W dniu naszego wylotu będzie w pełni.


Maroko, dzień VII.

Jakie to niesprawiedliwe, że gdzieś na świecie zima wygląda właśnie tak. Już niedługo wrócę do polskich, grudniowych mrozów i szarzyzny. Cieszę więc oko kolorami. Napawam się błękitem nieba. 
Poranek spędziłam w medynie, tym razem eksplorując miasto z przewodnikiem. Słuchałam oczarowana opowieści o ludziach Maroka i robiłam zdjęcia. Ku mojemu zaskoczeniu tuż przy murach obronnych otaczających miasteczko miałam okazję zobaczyć wystawę fotograficzną, a w tle Atlantyk rozbijał fale o potężne skały, co razem sprawiało niesamowite wrażenie.
To tutaj, w Essaouirze, na lokalnym bazarku kupiłam ten pled w kolorze ochry i kości do gry wykonane z drewna tui. I przepyszne marokańskie chlebki. A poza tym - szwędałam się labiryntem uliczek, przy których działo się tak wiele.
To miasteczko jest zupełnie inne od pozostałych. Jakby bardziej przyjazne. No i na każdym kroku widać tutaj zamiłowanie do sztuki. Szanuję.
Ostatnią godzinkę przed wyjazdem do Agadiru spędziłam na plaży zajadając meloui i msemen, oba przepyszne. Do walizki spakowałam natomiast wyrabiany na miejscu amlou - krem z prażonych migdałów, oleju arganowego i miodu. Będzie miłym wspomnieniem tej podróży.
Droga do ostatniego już na trasie wycieczki hotelu zajmuje nieco ponad trzy godziny. W tym czasie można robić wiele rzeczy, jednak ja wybieram spoglądanie przez okno. Lubię w ten sposób poznawać nowe miejsca.
Obserwuję zmieniający się krajobraz, architekturę, roślinność no i ludzi, w ich naturalnym, autentycznym byciu tu i teraz. Ktoś kupuje owoce, ktoś inny po prostu idzie przed siebie, ciekawe gdzie... Pod szkołą osiołki czekają przywiązane do drzew. Po skończonych lekcjach dzieci wrócą na nich do domów, tutaj to nadal środek transportu. Mijamy kolorową wioskę surferską, piękne plaże i plantacje bananowców.
Agadir wita nas słońcem i oczywiście maghrebi, potocznie nazywaną marokańską whisky. Słodką do granic herbatą. Nawet mięta nie daje rady zrównoważyć tej słodkości.
Hotel, prowadzony przez Polkę - Annę, położony jest dobre pół godziny od długiej, piaszczystej plaży nad Atlantykiem. Nie mogłam nie pójść, oczywiście w towarzystwie, zdecydowanie nie praktykuję tutaj solo spacerów. Na wycieczce objazdowej zawsze znajdzie się ktoś, kto chętnie dołączy, bo zwyczajnie lubi się integrować. Ludzie z reguły są bardzo otwarci i chętnie przeżywają kolejne przygody.
Allah, al-Watan, al-Malik


Bóg, Ojczyzna, Król - to oficjalne motto Maroka, umieszczone na zboczu wzgórza Oufella. Wieczorem napis ponoć jest podświetlony, a na górę można wjechać kolejką, ale to już sprawdzę przy następnej okazji. Plaża jest szeroka, czyściutka. Nic, tylko wypoczywać. Aż szkoda, że ta przygoda kończy się już jutro.
Wieczorkiem poszłam jeszcze skosztować opuncji, na lokalny Souk El Had. Pychota!
A później już tylko pakowanie walizki, ostatnia kolacja na afrykańskiej ziemi i mnóstwo kłębiących się myśli. Nigdy tutaj nie wrócę. Wrócę na pewno. Myśli sprzecznych, zupełnie jak Maroko.
Każda podróż mnie zmienia, w każdej dojrzewam, ale Maroko zrobiło to z ogromną intensywnością. To tutaj zadział się duży progres w poglądach, myśleniu o świecie, postrzeganiu ludzi. Uwielbiam to poczucie bycia mikroskopijnym wręcz kawałeczkiem całej układanki jaką jest wszechświat.

Maroko - kraj, w którym zrozumiałam, że (wbrew temu co myślałam do tej pory) chcę pojechać wszędzie! Wciąż uczę się życia. Eksploruję, sprawdzam, wybieram, doświadczam. Określam siebie w tym wszystkim. I bardzo to lubię.

Życie w jednym miejscu jest dla mnie zbyt monotonne, ubogie i ograniczone. Jakby w klatce. Bez podróży się duszę.

Z Maroka zabieram takie słowa: Wy macie zegarki, my mamy czas.

Dzięki Maroko za ogrom przeżyć. Do następnego!

Komentarze