MAROKO. ŻEBY NIE ZAPOMNIEĆ. NOTATKI Z PODRÓŻY - CZĘŚĆ I.
MARAKESZ - RABAT - FEZ
Moje podróże w ostatnim okresie koncentrują się na tych miejscach, które przez całe lata były wyłącznie w mojej głowie. Niektóre od czasów dzieciństwa. Jak Maroko.
"Jedno oko na Maroko, drugie na Marakesz*" - słyszałam to powiedzenie wielokrotnie i bardziej niż jego znaczenie, interesowały mnie raczej te dwie egzotycznie brzmiące nazwy. Po latach, kiedy stałam na Cabo da Roca w Portugalii, skąd widziałam afrykański ląd i byłam w zasadzie na linii prostej do Marakeszu, postanowiłam, że po powrocie do kraju - zaplanuję właśnie tę podróż.
I tak się stało. Ze względów bezpieczeństwa zdecydowałam się na wycieczkę z biurem podróży. Wybrałam tę, która oferowała również pobyt w Casablance. To marzenie, które wykiełkowało podczas oglądania filmów z akcją toczącą się właśnie tam, a dojrzało po śmierci Taty, za sprawą jego ulubionego utworu - "W gorącym słońcu Casablanki", który naturalnie stał się ważny również dla mnie.
![]() |
| Pamiętam zapach powietrza, które poczułam po wyjściu z samolotu. Nie wszystko da się opisać, ale bardzo doceniam każdą małą chwilę w podróży, która później staje się wielkim, ważnym wspomnieniem. |
Jak każda podróż - ta także była bardzo transformująca. Kilka razy pokonałam własne ograniczenia co pokazało mi, że przygoda zaczyna się po drugiej stronie strachu - to raz. A dwa - otrzymałam pomoc od zupełnie obcych ludzi w bardzo kryzysowej sytuacji, przez co zrozumiałam, że nawet gdy jadę gdzieś sama, nigdy sama nie jestem.
Maroko wywołało we mnie ogrom skrajnych emocji. Ekscytacja i obrzydzenie, zachwyt szedł w parze z oburzeniem, a radość przeplatała się ze smutkiem. Bardzo skrajne odczucia. Ale, po kolei.
Pierwszego dnia w swoim Życiowniku napisałam tak:
Dotarłam do Agadiru. Jest niemalże północ! Na lotnisku kontrole jak nie z tego świata. Podróże po Europie to jednak spokój i luksus. Jedziemy po nowych, dobrze utrzymanych drogach z ciekawie zaaranżowanymi rondami i wieloma świetlnymi dekoracjami. Pomimo tak późnej pory młodzież gra w piłkę nożną na boiskach, których jest kilka, jedno obok drugiego i wszystkie są pełne. Oczywiście chłopcy, tutaj bez zaskoczenia. Jest 18 stopni Celsjusza, w nocy, pod koniec listopada. Dojeżdżamy do hotelu. Jest piękny. Ściany pokrywa misternie ułożona drobna mozaika, z sufitu zwisa okazały, kryształowy żyrandol, w różnych częściach holu porozstawiane są miedziane i ceramiczne dzbany, a obok drzwi leżą tace z tadżinami, które jeszcze chwilę temu skrywały zapewne aromatyczne, berberyjskie przysmaki.
Przywitano nas szklaneczkami wypełnionymi Atay Bi Na'na, czyli naparem z zielonej herbaty Gunpowder, świeżej mięty nanah i dużej ilości cukru, a to wszystko nalewane z wysokości, żeby na wierzchu wytworzyła się pianka. Zupełnie nie mój smak, ale piję żeby poczuć klimat miejsca. Ten poczęstunek to ważny element marokańskiej kultury. Szybki prysznic i kładę się spać lekko oszołomiona dzisiejszymi wrażeniami. Jutro Perła Atlasu - Marakesz.
Pierwszy poranek, Maroko, dzień II:
Na śniadanie zjadłam bagietkę i sporo przeróżnych oliwek. Sala jest pełna ludzi i rozmów. Siedzę przy stoliku sama, nie powiem, że bez stresu. Ale pamiętam swoje początki w solo podróżach. Teraz jest łatwiej, jak ze wszystkim co powtarzamy. Mają dobry sok pomarańczowy. A w głośnikach "Everything I Do" Bryana Adamsa, mało marokańsko, muszę przyznać. Trochę szkoda.
Tego dnia zobaczyłam tętniący życiem plac, serce Marakeszu, Dżamaa el Fna (UNESCO) i tego nie da się porównać z niczym co przeżyłam do tej pory. Zaklinacze węży, ogromny hałas, wszechobecna arabska muzyka, nietypowe instrumenty, mnóstwo ludzi, zapachów dochodzących z licznych garkuchni, nawoływania, pełne gwaru tarasy na piętrach i dachach riadów, modlitwy dobiegające z pobliskiego meczetu Koutoubia. To wszystko było tak niesamowite, atrakcyjne, zachwycające i męczące zarazem! Mam jednak świadomość tego jak okropne rzeczy działy się tutaj kiedyś i zdecydowanie wpływa to na mój odbiór tego miejsca. Handel niewolnikami, publiczne egzekucje, a dziś rozrywka i miejsce spotkań. Kiedy to piszę uświadamiam sobie, że w zasadzie przeznaczenie placu pozostało to samo, tylko na szczęście zmieniła się forma.
W takich momentach przypominam sobie dlaczego wolę podróże na własną rękę. Nikt nie wydziela mi czasu, nie muszę się spieszyć. Teraz jednak jest inaczej i oczyma wyobraźni widzę kadry, których nie zrobię i żal mi momentów, których nie doświadczę. Ale halo! Jestem w Marakeszu, "czerwonym mieście" i to się dzieje na prawdę! A poza tym, miejsce jest specyficzne i jednak w grupie czuję się bezpieczniej, a to jest najważniejsze.
| Żeby choć trochę poczuć klimat tego miejsca warto włączyć film na YT. |
Marakesz. Trochę wiedziałam czego się spodziewać, a trochę nie. Wiedziałam, bo internet. Nie wiedziałam, bo odczucia to przecież tak indywidualna kwestia, że po prostu trzeba doświadczyć! No więc doświadczyłam. 10/10! Za ogrom emocji i przeżyć. Marakesz na zawsze w moim sercu, choć to serce wielokrotnie dziś było złamane, choćby w kwestii traktowania zwierząt.
Ze względów higienicznych nie przemawiają do mnie serwowane na placu dania, decyduję się jedynie na świeżo wyciskany sok (czego pożałuję już kolejnej nocy!) i zjadam Knoppersa, którego zawsze mam w plecaku, na wszelki wypadek. Po czasie będę zdumiona, że nie skusiłam się choćby na kuskus z jagnięciną. Nawet teraz, gdy to piszę, nie dowierzam! Ale wtedy obawiałam się zemsty Mahometa ;) która pomimo ostrożności i tak mnie dopadła. Mogę śmiało stwierdzić, że nie zna życia ten, kto nie miał takiego rodzaju pecha na wycieczce objazdowej!Parę dni wcześniej w Marakeszu odcinek swojego programu realizował pan Robert Makłowicz i usłyszałam o tym właśnie tutaj, na placu od lokalnych, bo jak się okazało, było to dla nich ważnym wydarzeniem. Czyli już nie tylko Lewandowski, ale też Makłowicz. I super.
R. Makłowicz - odcinek z Marakeszu
To nie była jedyna atrakcja tego dnia, choć zdecydowanie najważniejsza. Wcześniej pojechaliśmy do Pałacu Bahia, w którym światło aż prosiło się o kolejne ujęcia, ogrodu Jardin Secret, pachącego cytrusami oraz na souk, czyli bazar pełen kolorów i sprzeczności.
Souki to w ogóle temat na osobną opowieść. Ileż tam się dzieje! Zauważyłam, że używam wielu wykrzykników w tym wpisie, ale (!) to przecież Maroko! Nie da się inaczej. No więc bazary. Wąskie uliczki, sporo brudu niestety, dużo hałasu i oszałamiające kolory. Wszystko tak inne od tego co znam.
Niektóre przejścia pomiędzy straganami są tak wąskie, że towar można dowozić jedynie na osłach. Zwierzęta te zresztą są powszechnie wykorzystywane tam do transportu, również ludzi. Dowożą na przykład dzieci do szkoły. Czekają przywiązane (czyli zaparkowane ;) pod drzewami i po lekcjach uczniowie wracają na nich do domu. Inny świat!
Co masz dla mnie na jutro, Maroko? A w słuchawkach: Mundi - To Marocco With The Stars, Inovax -Magic of Marocco, Mehdi Yakin - Night in Marrakech
Maroko, dzień III
Rabat, stolica. Świat jest fascynująco ciekawy. Nie przypuszczałam, że kiedykolwiek będę mogła tego doświadczać. Chłonę. W podróży jestem najszczęśliwsza.
Jedziemy zobaczyć Pałac Królewski. Dosyć szybko wyczuwa się dziwną atmosferę tego miejsca. Taką mało przychylną turystom. A może i nie tylko. Poza strażnikami nie ma tutaj żywej duszy, a oni sami spoglądają nerwowo i złowieszczo ;) Przedziwne miejsce z wieloma ograniczeniami.
Jedziemy dalej i naszym oczom ukazuje się wykonana z czerwonego piaskowca Wieża Hassana - symbol stolicy Maroka. Miała być najwyższym minaretem świata! Częścią największego na świecie meczetu. Nie wyszło. Nie zawsze wychodzi, jak się okazuje, nawet sułtanom. Sułtan zmarł, pozostały fundamenty i niedokończone kolumny. Symboliczne.
Tuż obok znajduje się strzeżone przez Gwardię Królewską, Mauzoleum Muhammada V, który w 1956 roku poprowadził Maroko ku niepodległości. Dla mnie to architektoniczna perełka. I znowu bardzo mało czasu na kadry. A można by z różnych perspektyw i z ludźmi na pierwszym planie.
Kontrasty to chyba słowo, które najlepiej opisuje to co najbardziej rzuca się w oczy w ciągu tych kilku dni.
Zrujnowane miasta, niekoniecznie opuszczone. Skrajna bieda i umęczone twarze ludzi. A za chwilę luksusy dla wybranych. Gdzieś w głębi serca kotłuje się niezgoda na taki stan rzeczy i pojawia się poczucie, że jest tutaj bardziej smutno niż wesoło. I to mi się momentami bardzo udziela.
Obiad jemy nad rzeką Wadi Bu Rakrak. Decyduję się na rybę. Jest pyszna, soczysta, dobrze doprawiona, ale chyba nazbyt europejska.
Czeka nas długi przejazd do Fezu. Po drodze obejrzymy film tematyczny, dzięki czemu podróż minie szybko.
Po bardzo ciężkiej nocy (zupełnie nie pomógł Enterol brany na długo przed wyjazdem i w trakcie, Loperamid też nie) dobrzy ludzie ratują mnie Nifuroksazydem, po którym objawy zemsty sułtana mometalnie ustają i podejmuję ryzyko dalszej podróży. To właśnie dziś mamy w planach pojechać do Fezu - duchowej i religijnej stolicy Maroka. Pełna obaw wsiadam do autokaru i staram się dać radę po zupełnie nieprzespanej nocy, zmęczona, a wręcz wycieńczona, ale głodna przygód.
Maroko, dzień IV.
Dzisiejsza eksploracja Maroka rozpoczęła się od krótkiego czasu wolnego. Przeszliśmy więc przez imponującą Bab Boujloud, Błękitną Bramę, za którą skrywa się zupełnie nieskażony turystyką autentyczny klimat tego miasta. Poszłam więc w swoją stronę i chłonęłam.
Po krótkim spacerze tak napisałam w notatniku:
Jestem tutaj dopiero czwarty dzień, a wydaje mi się jakby minęły ze dwa tygodnie.
Mnogość przeżyć jest ogromna, wciąż coś się dzieje i jest tak bardzo różnorodnie. Ktoś słysząc polski język od razu zaprasza do stołu, na zakupy. Spotykam się wyłącznie z sympatycznymi reakcjami na to skąd przyjechaliśmy.
Wielu panów tutaj twierdzi, że mają polską żonę. Nie mam pojęcia czy to prawda, ale tak mówią. Jeden nawet dzwoni przy mnie do niejakiej Ani, żeby potwierdzić swoje słowa i oczekuje, że w związku z tym kupię przyprawy właśnie na jego stoisku. Większość sprzedawców siedzi jednak spokojnie i czeka aż klient sam podejdzie. Nie są nachalni, a właśnie tego spodziewałam się po doświadczeniach z Tunezji.
Teraz jesteśmy w Fes el-Bali. To ponad 9 tysięcy krętych uliczek. I rzemiosło. Tym żyje Fez. Co chwilę słychać głośne belek! czyli uwaga! i trzeba usuwać się z drogi dostawcom, a działa to wszystko zaskakująco sprawnie, jakby każdy wiedział o co chodzi i co ma robić. Wtapiamy się w rytm uliczek, widocznych gołym okiem zasad i podążamy labiryntem przygód ciekawi co znajduje się za kolejnym rogiem.
Na kilka godzin przenosimy się w czasie, takie mam odczucie. Świat, który zostawiliśmy za bramą medyny, chwilowo przestaje istnieć.
Zdecydowanym numerem jeden tego dnia jest wizyta w garbarni, która bardzo poszerza moją perspektywę. Właśnie po to podróżuję.
Na wejściu otrzymujemy wiązkę mięty, która przytknięta do nosa ma ponoć zniwelować smród pochodzący z obróbki wielbłądzich skór. Doceniam bardzo, ponieważ odór jest ogromny i przyprawia o mdłości. Mięta pomaga tylko odrobinę, ale dobre i to.
Ci panowie zarabiają 30 euro dziennie i jak na tutejsze warunki jest to bardzo wysoka kwota. To ogromna lekcja pokory. Marzę o tym, żeby jak najszybciej opuścić to miejsce, bo smród robi się nie do zniesienia. Jest zima, zastanawiam się jak to wygląda latem, w czasie upałów.
To miejsce trzeba zobaczyć, ale myślę, że raz w życiu w zupełności wystarczy. Na miejscu można nabyć produkty ze skóry, od odzieży po akcesoria. Dzięki procesowi, który odbywa się na miejscu, o dziwo nie śmierdzą. Dostępna jest usługa szycia na miarę, pełnej personalizacji produktu, a towar dowożony jest do hotelu już wieczorem. Ceny bardzo przyzwoite, żałuję, że nie mam sił ani nastroju na zakupy. To na pewno byłaby bardzo oryginalna pamiątka.
Fez raczy nas słońcem. Pierwszy dzień grudnia spędzam w miejscu, o którym marzyłam od dziecka. Eksploruję to, co do tej pory widziałam jedynie w przewodnikach i internecie, opowiadane z czyjejś perspektywy. Teraz natomiast tworzę własną. Stoję na marokańskiej ziemi i chłonę każdą sekundę, i staram się zapamiętać. Dźwięki, zapachy, kadry, nawet to w jaki sposób słońce oświetla mury, które są historią tak fascynującą, że momentami łzy wzruszenia same napływają do oczu.
Wchodzimy do medersy - dawnej szkoły koranicznej. Tutaj dla odmiany słychać wyłącznie ciszę. Wnętrza są oczywiście piękne. Ciekawskie spojrzenia kierujemy taż do meczetu i uniwersytetu El Quaraouiyine. Nie jesteśmy wyznania muzułmańskiego, więc nie wolno nam wejść do środka.
Wrażeń jest tyle, że spokojnie wystarczyłoby na całą dobę, a to tak na prawdę dopiero początek dzisiejszych przeżyć. Mój żołądek ładnie współpracuje i nie płata figli, całe szczęście, bo Fez to esencja Maroka i ciężko byłoby mi zrezygnować z atrakcji zaplanowanych na ten dzień.
| Kolory. Nie mogę się oprzeć i wychodzę z jedwabną chustą. Chcę wierzyć, że to jedwab. |
| I tak dzień po dniu. |
| Mnogość odmian oliwek zachwyca! |
| Msemen - cienki, wielowarstwowy marokański chlebek. Przepyszny. |
W drodze do hotelu wstępujemy jeszcze do wytwórni znanej na całym świecie feskiej ceramiki. Natomiast tutaj jest już bardzo współcześnie, ale nadal ciekawie i pięknie. Misterna robota zachwyca.
Przystajemy też obok Dar El MakhzeNiespen, okazałej "złotej" bramie prowadzącej do kolejnej z 12 oficjalnych rezydencji królewskich. Wykonana jest z mosiądzu, ale w słońcu wygląda jakby była zrobiona ze złota. Wstęp na salony rzecz jasna jest niemożliwy.
Biorąc pod uwagę realia świata arabskiego, można uznać, że obecny król Muhammad VI jest monarchą o nowoczesnych i bardzo postępowych poglądach. Tydzień temu na premiera kraju mianował kobietę (!) Fatimę Ezzahrę El Mansouri. To bardzo silny sygnał modernizacji społecznej. Jej partia buduje w kraju przeciwwagę dla radykalnych ruchów islamistycznych. Z całą pewnością z zaciekawieniem będę śledziła poczynania nowej pani premier Maroka.
| W drzwiach nie montuje się klamek, tylko kołatki. |
I pomyśleć, że jeszcze kilka dób wcześniej piłam herbatkę na lotnisku w Katowicach czekając na lot do Agadiru i zupełnie nie wiedziałam co mnie czeka tutaj, na miejscu.
![]() |
| Katowice - Pyrzowice. Gotowa na kolejną afrykańską przygodę! |
Od najpiękniejszych wspomnień dzieli nas zazwyczaj jedna decyzja.
Maroko, XI/XII.2025
* W powiedzeniu chodziło oczywiście o Kaukaz, ale w moim otoczeniu mówiło się o Marakeszu.








Komentarze
Prześlij komentarz