Rzym solo. Spontaniczne zapiski z podróży. Wtorek, dzień IV.
Po wczorajszym, dwunastogodzinnym spacerze, czuję każdy mięsień w nogach. Rozpoczynam IV dzień w Wiecznym Mieście.
Najpierw herbatka, z widokiem na via di Monte Giordano.
Dzisiaj śniadanie jem w L'Emporio alla Pace. Nie siedzę zbyt długo, bo przede mną około 40 minut drogi, na Aventyn. Czekam na focaccie delektując się espresso przy barze. Włosi wpadają zaledwie na chwilę. Piją kawę, maczają w niej cornetto. To ich śniadanie. Dwie minuty i wychodzą. W tym czasie zdążą jeszcze porozmawiać. Żywiołowo i głośno.
Idę wzdłuż rzeki, po drodze mijam Isola Tiberina, wyspę, na którą można wejść, ale to musi poczekać na kolejną wizytę w Rzymie.
Zostawiam za sobą Tyber i kieruję się w stronę ogrodu pomarańczowego, gdzie mam nadzieję znaleźć dziurkę od klucza, przez którą widać Watykan. Czekam na zielone światło i myślę o tym, jak wiele jest tutaj pięknych rzeczy wokół, których się nie zauważa idąc do jakiegoś konkretnego celu.
Sosny piniowe to jeden z moich największych włoskich zachwytów. Pierwszy raz zobaczyłam je 11 lat temu w Toskanii i to są tak piękne drzewa, że brak mi słów! Gdziekolwiek nie spojrzę widzę ślady przeszłości i podoba mi się bardzo to, że są zestawione z nowoczesnością i to wszystko tak dobrze ze sobą współgra.
Rzym o poranku to dużo klaksonów, samochodów jadących na sygnałach, ogólnie panuje wielki chaos i hałas, ale tutaj ma to swój urok.
Dziurka od klucza, której szukam, znajduje się gdzieś na wzgórzu, więc czeka mnie wspinaczka. Przeczytałam o tym miejscu parę lat temu u Wędrownych Motyli. Poczułam wtedy ten specyficzny ścisk w brzuchu, że ja też tak chcę, też chcę to zobaczyć. No więc jestem. Jest wtorek, 9 stycznia, 9 rano i zaraz zobaczę panoramę, o której marzyłam. Warto marzyć, zdecydowanie! Zdjęcie absolutnie nie oddaje tej magii. Musiałam włączyć punktowy pomiar światła, przez co nie widać zielonego szpaleru drzew, ale coś za coś, jest kopuła Bazyliki Świętego Piotra, a o to mi chodziło. Ta kompozycja jest wprost idealna. Ogromne emocje! Staram się nie przejmować ludźmi czekającymi na swoją kolej i trwam przy drzwiach kilka chwil. Podziwiam to, że komuś się chciało wymyślić coś tak wspaniałego! I że można to oglądać tak po prostu.
Umiem się zachwycać i bardzo lubię w sobie tę cechę. Nie wyobrażam sobie życia bez zachwytów.
Panorama z tarasu kolejnego ogrodu oszałamia. To Giardino degli Aranci, czyli Pomarańczowy, jednak w poprzednim było ich zdecydowanie więcej.
Mam szczęście do dobrych muzycznych momentów w swoich podróżach. Moje ukochane Zombie, the Cranberries? Proszę bardzo, na gitarze. Do tego Hallelujah Cohena? Tak. Jest cudownie. Siedzę, słucham i podziwiam.
Trwając w zachwycie o mało nie przegapiłam Ust Prawdy* Wyglądają jakoś inaczej, hmmm.
Zostałam w parku zdecydowanie zbyt długo, ale trudno było mi stamtąd wyjść, jest piękny i bardzo klimatyczny. Patrząc na panoramę potrafię już zlokalizować miejsca, w których bylam. Miłe uczucie.
250 tysięcy ludzi, wyścigi rydwanów, walki gladiatorów - Circo Massimo. Dziś po prostu teren zielony z ruinami. To miasto widziało tak wiele... klik
Tym razem, w czasie tego wyjazdu, postanowiłam docenić swoją odwagę. Tylko ja wiem jaką drogę przeszłam, żeby podróżować w pojedynkę. Chodzę sama, tysiące kilometrów od domu, po wielkim, obcym mieście i daję radę. Doceniam i jestem z siebie dumna. No to kawa!
* O! Czyli tamte usta to nie te, o które mi chodziło! Dobrze, że zerknęłam na mapę. Kolejka do Bocca Della Verita jest długa, a ja nie mam zamiaru pozbyć się dłoni (legenda), więc idę na tę zasłużoną kawę. Zaglądam jeszcze tylko do Basillica di Santa Maria in Cosmedin, skromnego kościoła z muzyką sakralną sączącą się cicho z głośników, co sprzyja kontemplacji.
Moja pierwsza wizyta w Rzymie to była wycieczka objazdowa, która zakładała tylko jeden dzień tutaj. To było ok, ale zostawiło niedosyt. I dobrze, miło jest teraz wrócić. Ale taki szybki Rzym z przewodnikiem ma swój urok. Zobaczyłam wtedy kilka najważniejszych obiektów i poczułam jaka jest tutaj atmosfera. Pod tym względem objazdówki są niezastąpione. Wiedziałam, że będę chciała tutaj wrócić, a już do Neapolu na przykład nie. Nie czułam się tam dobrze.
Po wczorajszym intensywnym dniu dzisiaj brakuje mi werwy. Najchętniej wróciłbym do domu na drzemkę i tak chyba zrobię. Nie pozostaje mi nic innego jak znaleźć przystanek autobusowy w kierunku Piazza Navona, bo nie mam ani sił, ani ochoty iść pieszo.
Czy ja właśnie przeszłam obok Rupe Tarpea?
Niektóre miejsca tutaj mają straszną historię.
Zawsze mam trochę stresu czy mapy google pokażą odpowiedni autobus i czy pojadę w dobrym kierunku, ale ostatecznie zawsze tak właśnie jest. Wysiadam na przystanku Senato. Muszę przejść przez Piazza Navona i okazuje się, że mam jeszcze siłę żeby zajrzeć do małych sklepików.
Tamto zmęczenie najwyraźniej wynikało z tego, że byłam w sporej odległości od domu. U siebie zawsze raźniej.
A skoro już znalazłam się nieplanowanie przy Chiesa di Sant Agnese in Agone, to wejdę zobaczyć kopułę i przy okazji odpocznę dłuższą chwilę.
W Italii właśnie rozpoczął się sezon na karczochy. Najpopularniejsze w Rzymie są dwie wersje: carviofo alla giudia (po żydowsku) i alla romana (po rzymsku). Zamawiam więc carviofo alla giudia w miłym lokalu, Cantina e Cucina, po drodze do domu i o mammamija! Jakie to jest dobre! Dobrze, że wcześniej przeczytałam w jaki sposób się je zjada, bo byłabym w kropce! Pięknie wyglądają, jak kwiaty. W głośnikach Sara perche Ti Amo!
Tuż obok jest bardzo popularny punkt oferujący tiramisu w różnych smakach, Two Sizes. Odnoszę wrażenie, że poleca go cały internet. Skusiłam sie na tiramisu pistachio i niestety nawet nie można go spróbować porównać do tego, które jadłam wczoraj. Tamto to bylo niebo! Wzięłam też cannolo czekoladowe, ale to z myślą o herbatce, którą wypiję już w łóżku.
Sjestuję i myślę sobie jaki to przywilej narzekać na zmęczenie w Rzymie! Słońce pięknie świeci mi przez okno prosto w oczy. Łapię tę chwilę na zapas, obawiam się powrotu do naszej ponurej zimy. Tutaj nawet kiedy pada, nadal w otoczeniu są kolory. To zdecydowany plus elewacji w ciepłych barwach. Po deszczu niebo znowu jest błękitne. Dawno nie widziałam tak błękitnego nieba. No i te zielone papugi!
Nie każdy plan trzeba zrealizować. Uczę się i tego. Miałam dziś po południu eksplorować okolice Koloseum, a wylądowałam w łóżku, a później w Watykanie. Bo bliżej.
Akurat trwa msza. Dźwięki pięknie rozbrzmiewają w murach bazyliki. Wszyscy kojarzymy to miejsce z Janem Pawłem II, a mało kto wie, że w podziemiach pochowana jest Maria Klementyna Sobieska (kobieta?!), wnuczka Jana III Sobieskiego. Myślę, że doczytam ma tem temat, to intrygujące.
A później to już zwyczajny włoski wieczór. Po wodę do sklepu, pizza al taglio na drogę, tym razem z cukinią, jakieś gelato, nie duże - piccolo, z lodziarni z 1947 roku, znalezionej przypadkiem. Nie należę do wielbicielek tego deseru, ale o tych mogę opowiadać długo. Pistacjowe - idealnie kremiste, nie za słodkie. Straciatella - to lody z czekoladą czy czekolada z lodami? Rozkosz! A to ciasteczko na górze to nie ciasteczko, a wafelek. Taki na 3 milimetry, nic podobnego jeszcze nie jadłam. Trochę podobny do pszczyńskich oblatów.
Jest wieczór, wiec w barach zbiera się co raz więcej ludzi. Oglądają mecz, rozmawiają, piją wino. Jeśli nie ma miejsca w środku, to na zewnątrz, lampka wina w dłoń i non problema.
Z każdym dniem lepiej orientuję się w najbliższym otoczeniu i praktycznie nie używam już mapy. To zawsze ten moment, kiedy zaczynam czuć się swobodnie i nawet chodzę wtedy inaczej, wolniej.
Buona Notte Italio! Mam nadzieję, że będę spała jak bambino!
























Komentarze
Prześlij komentarz