To mój trzeci dzień w Rzymie, a ja nie jadłam jeszcze tiramisu i smażonego karczocha. Mało tego nie jadłam też cornetto i nie piłam espresso, jak do tego doszło nie wiem, ale zdecydowanie idę naprawić ten błąd.
Najpierw jednak, herbata. W tym współczesnym pędzie życia lubię zacząć dzień od kilku spokojnych chwil przy oknie, na świat.

Do Piazza Navona mam minutkę spacerkiem i to jest jedna z lepszych decyzji, żeby mieszkać tak blisko jakiegoś głównego, pięknego placu. Są tutaj trzy fontanny, środkowa - główna jest tak idealnie piękna, z białego marmuru, w tle jest przepiękny kościół, to wszystko jest po prostu idealnie piękne. Wiem że się powtarzam ale tutaj jest po prostu cudownie. Pamiętam tą fontannę i ten plac ze swojego pierwszego pobytu w Rzymie. Nie miałam wtedy zbyt wiele czasu, więc pomyślałam sobie, że chciałabym kiedyś przyjechać i na spokojnie to wszystko pooglądać, a teraz w czasie tej solo podróży jestem tutaj codziennie. Staram się chłonąć i zapamiętywać po prostu jak najwięcej. Lubię później, już w domu, odtworzyć sobie filmiki, które nagrywam, ale też takie, które ktoś wrzuca do sieci i przypominać sobie jak to było, kiedy tu stałam. Jak się czułam, co myślałam, jaka byłam szczęśliwa. Bo prawda jest taka, że to w podróży jestem najszczęśliwsza.

Idąc na kawę do San Eustachio natrafiłam na okazały budynek archiwów państwowych z nieco zaniedbanym dziedzińcem. Odbywa się remont, ale fasada i tak zachwyca. Jak wszystko tutaj, jest bogata w szczegóły.
Z boku budynku, kto by się spodziewał, fontanna. Ta akurat umiejscowiona jest w ścianie. W środku jest głowa jelenia i cztery książki, z każdej tryska jedna fontanna. Jest to woda pitna i takich miejsc w Rzymie jest mnóstwo, są co kawałek jedne ładniejsze, drugie bardziej zwykłe, ale wody nie brakuje. Intryguje mnie ta głowa jelenia. Symbol powtarza się w różnych miejscach. Muszę doczytać.
Pamiętam swoje pierwsze włoskie podróże. Nie wyobrażałam sobie zamówić espresso do wypicia przy barze. Onieśmielał mnie ten brak dystansu. Prawda jest taka, że w podróży jestem anonimowa i nikogo nie obchodzę za bardzo.
Codziennie różni ludzie przychodzą, piją caffe i wychodzą. Po prostu. Teraz traktuję to jako element bycia tutaj. Rano szybkie macchiato i w drogę, na podbój Rzymu. Ta kawiarnia, Sant Eustachio to doświadczenie! Tutaj trzeba przyjść. Kawa w mojej opinii taka sobie, bo czułam kwasowość, a ja za taką nie przepadam, ale dla samej atmosfery i wystroju, warto. Siadając przy stoliku, ceny są wyższe, średnio o 1 euro za każdą rzecz.
W drodze do kościoła San Luigi dei Francesi, przechodząc przez ulicę, zerkam w prawo, a tam Panteon sobie stoi. Po prostu. I tak od lat wielu.
Najpierw jednak idę obejrzeć dzieła Carvaggiego, a dopiero później przywitam się z tym cudem nad cudami.
Czuję dysonans zwiedzając bazyliki ociekające złotem. Z jednej strony to jest tak ogromny kunszt architektoniczny, a z drugiej kościół w moim odczuciu powinien być raczej skromnym miejscem.
No cóż, jest jak jest i pozytyw z tego taki, że można się zachwycać. Co czynię z przyjemnością.
Siedzę przed dziełem Carvaggiego i myślę sobie, że byłby dobrym fotografem, bo widać, że bardzo czuje światło. Czytam o nim na blogu Renaty klik. Był kontrowersyjny, zarówno w sztuce jak i w życiu. W zasadzie kontrowersyjny to kiepskie określenie w kontekście spontanicznego mordercy.
Panteon. 3 lata temu zobaczyłam go po raz pierwszy. Też w lutym, więc można powiedzieć, że to taka podróż sentymentalna. Weszłam do środka i uwierzyć nie mogłam, że oculus ma średnicę 9 metrów. To nieco mniej niż długość naszego domu. Do dziś nie wiadomo jak to konstrukcyjnie możliwe. No i te potężne kolumny w przedsionku... Niezły przedsionek.
Budowla powstała na cześć cesarza Augusta, ale podobno nie przyjął tego daru (ja bym przyjęła), więc została poświęcona wszystkimi bogom. Stąd nazwa - Panteon, po grecku "wszystkich bogów".
Korzystam z możliwości obiektywu i oglądam detale z bliska. W zasadzie rozważałam wejście do środka, ale chyba nie dziś. Kolejki na Piazza della Rotonda są dosyć spore, a ja wolę ten czas wykorzystać na kolejne macchiato. No i na liście marzeń podróżniczych mam Panteon w czasie deszczu (przez oculus deszcz pada do środka, to jedyne źródło światła w rotundzie), a dziś świeci słońce. I jeszcze 21 kwietnia, kiedy przypada święto Rzymu - Natale do Roma, kiedy ma miejsce iluminacja wejścia. Udaje mi się uchwycić przelatującą mewę. Serce bije szybciej... Po takie ujęcia przyjechałam!
Tym razem mam więcej czasu, zaglądam więc na tyły Panteonu i zdecydowanie warto. Oglądam z bliska zwieńczenie kopuły, kocham takie smaczki. A to wszystko przy dźwiękach wiolonczeli, co tworzy niesamowity nastrój (koniecznie słuchać w domu).
Obrusy w kratkę, smażone kwiaty cukinii (koniecznie zrobić w sezonie) i bijące dzwony na Panteonie. Jestem w niebie.
Właśnie po takie chwile i doświadczenia przyjechałam do Rzymu. Jestem w lokalu, w którym przy poprzedniej wizycie jadłam pizzę na kawałki. Miło. I tutaj kawka jest idealna! Siedzę i robię nic - dolce far niente. No, może niezupełnie nic, bo czytam
klikNiechętnie, ale idę dalej. Mogłabym tu zostać spokojnie jeszcze z godzinkę lub dwie. I myślę sobie, kto by wytrzymał ze mną tyle czasu w jednym miejscu? Dlatego podróżuję solo, żeby spokojnie chłonąć wrażenia, robić mnóstwo zdjęć i jeść dobre rzeczy bardzo, ale to bardzo niespiesznie. Na przykład nie mogłam przejść obojętnie obok Caffe Tazza d'Oro i zamówiłam kolejne espresso i maritozzo. Mój żołądek powoli przyzwyczaja się do większej niż zazwyczaj ilości jedzenia.
To kultowa kawiarnia. Działa od 1944 roku. Możliwe, że wrócę tutaj po ziarno i filiżankę. Na takie zakupy pozwolę sobie kiedy znajdę działający punkt in prostu, żeby nadać przesyłkę do domu w PL.
Odpuściłam wizytę w kościele Santa Maria sopra Minerva i dotarłam do Sant'Ignazio di Loyola, z przecudnej urody malowidłem na sklepieniu, autorstwa Pozzo. Jak to w Rzymie, jest ogromny, szeroki na 16 metrów i długi na 36 metrów. Zachwyciłam się dziś już tyle razy!
Jest kilka miejsc, z których fresk sprawia wrażenie trójwymiarowego. Nigdy wcześniej nie słyszałam o anamorfozie, czyli zabiegu, który polega na celowej deformacji obrazu, w taki sposób żeby rzeczywisty zamysł autora był widziany wyłącznie w określonych właśnie miejscach. Podróże więc kształcą, to fakt (
klik).
Kolejka do zrobienia selfie w odbiciu lustra nie maleje, idę więc do ogrodów Borghese. Po drodze jest fontanna di Trevi, ale zostawiam ją na jutro rano. Mam nadzieję na brak tłumów.
Przejście via del Corso po takich pięknych przeżyciach było jak pójście na Krupówki po zejściu z Czerwonych Wierchów, straszne.
Ale...
Ten widok sprawił, że wróciłam do poprzedniej magii. Pan gra na saksofonie! Nie prosiłam o aż tak wiele! Ale przyjmuję z wdzięcznością.
Idąc tutaj, na Piazza del Popolo słychać z kolei było melodię Lindsey Stirling. Tego się nie spodziewałam! A o Sara perche ti amo ani słychu... O, tutaj dokładnie.
A to widok z tarasu ogrodów.
Latem musi tutaj być jeszcze śliczniej. Wyobrażam sobie kwitnące kwiaty, słońce i ludzi szukających wytchnienia w cieniu sosen piniowych...
Choć zimowe wyjazdy mają tę przewagę nad sezonowymi, że widać wszystko to, czego nie widać gdy drzewa mają liście. Każdą kopułkę, każdy filar i każdą uliczkę.
Niebo nad Rzymem robi się co raz piękniejsze. Siedzę na ławce i myślę o tym, że już za parę dni będę wspominała te cudowne, włoskie chwile, w domowym zaciszu. To powoduje, że chłonę podwójnie, a nawet potrójnie. Czy spodziewałam się zobaczyć tutaj monstrualnych wręcz rozmiarów krzew rozmarynu? Oczywiście, że nie. To tylko jego część.
Jakby tego było mało, cały tonie w kwiatkach! Bellisimo!
Jeszcze przed chwilą byłam na górze, o właśnie tam. Jestem wdzięczna za technologię, ponieważ mogłam pokazać mężowi tą piękną panoramę i można powiedzieć, że mieliśmy wspólne romantyczne chwile w Rzymie!
Jeszcze w południe myślałam, że nie dam już dziś rady zjeść więcej nic słodkiego, ale jednak się postaram! Tiramisu, i to w jakim towarzystwie! Zachęcona, złożyłam zamówienie po włosku. Pewnie kaleczyłam, ale co mi tam!
To teraz spacerkiem w stronę di Trevi. Przechodzę via del Babuino i robię rekonesans w kwestii obecnej mody. Chciałabym mieć tyle pieniędzy, żeby stać mnie było na takie ciuchy. Wydawałabym je na podróże, rzecz jasna. Żakiet za jedynie €8900, Chanel. Oj, pojechałabym w piękną i długą podróż.
Muszę sobie zebrać te wyjazdowe inspiracje modowe w jednym miejscu. Za każdym razem gdy gdzieś jestem, robię zdjęcia i później o nich zapominam. A skoro już chcę się w tym roku zająć kwestią stylu, to taki folder że zdjęciami może pomóc.
Wychodząc rano nie wiedziałam, że to będzie tak obfity we wrażenia dzień. Może to zasługa trzech espresso, że jeszcze mam energię? Po drodze zaglądam na schody hiszpańskie. I choć same w sobie nie robią na mnie wrażenia, to po wejściu na górę mogę spokojnie popatrzeć na Piazza di Spagna i napisać tutaj kilka słów. Zwieńczeniem schodów jest bardzo nastrojowy kościół z piękną muzyką. I bardzo skromny w porównaniu do pozostałych, Trinita dei Monti. I dlatego to właśnie tutaj zapalam świeczkę i zostawiam symboliczny datek.
Idę zobaczyć czy w ogrodzie przy pierwszym tarasie znowu owocuje drzewo pomarańczowe, które zachwyciło mnie trzy lata temu. I tutaj mam taką refleksję, ile się zmieniło przez te trzy lata i też jak wiele już drzew pomarańczowych widziałam! Najwięcej ich było w Sevilli. Uwielbiam!
Czy przeszywają mnie dreszcze w niektórych miejscach kiedy podróżuję? Tak i nie potrafię tego wytłumaczyć. Z pomarańczy nici, ogród zarósł żywopłotem, ale za to mam dreszcze!
Jednak dotarłam. Jest niesamowita. Powiedzieć, że piękna, to jak nic nie powiedzieć. Jest nieskończenie piękna. Niestety otoczona barierkami. Tym bardziej cieszę się, że widziałam ją jeszcze bez. No i niestety numer dwa - zasłonięto okno na piętrze w sklepie United Colors of Benetton, skąd można było ją podziwiać przy okazji zakupów.
Jeszcze rzut okiem na Panteon po zmroku. Stoję pod drzwiami, żeby poczuć jak niewielką istotą jestem. Pani śpiewa Con te Partiro Bocellego (Time to Say goodbye). Ale to jeszcze nie czas na pożegnanie, kocham być tutaj!
Wyszłam z domu o 10.00 rano, a teraz jest już 22.00 Myślę, że na dziś wystarczy. To 12 godzin non stop na nogach. Marzę o łóżku. Jutro chcę znaleźć tą tajemną dziurkę od klucza, przez którą widać Rzym. I zjeść smażonego karczocha lub ravioli. I kawka! Dobranoc Rzymie. Jesteś cudowny!
Komentarze
Prześlij komentarz